1

Temat: A co mi szkodzi...

                    ...też zamieścić tu próbki twórczości (mało) radosnej

Muzowie (Muzi?) spóźniają się na pociągi. Piją tanie wino i wylegują się w niekoszonej trawie. Łatwo jest dotknąć Muza głęboko, otworzyć go, robiąc przy tym wiele hałasu, można zmusić go do obrony, do odruchu dzikiego zwierzęcia, można, ale to jest zbrodnia.
Jestem kobietą artystką i nie mam muza.
***
Fotografuję go nago, nie ma w tym nic złego, nic prowokującego. Ciało ma chłonne, otwarte, dla wrażenia naturalności zawsze proszę, żeby nie patrzył w obiektyw.
Muz z pokorą podda się malowaniu, pozostanie niczym jedwab przewieszony przez ramię krzesła, delikatny, oddany farbie.
W nocy godzinami przyglądam się jak śpi, ma mokre rzęsy i równy oddech. Trzymam dłonie milimetr nad jego skórą i boję się go dotknąć, siadam więc w fotelu, odpalam papierosa od papierosa, podciągam nogi pod brodę i wiem, że mogłabym w tym fotelu zrobić sobie jakąś krzywdę. A on oddycha równo i ufnie jak dziecko.
Być może w kochaniu nie byłoby sensu, gdyby życie miało jakieś inne sensy. Wstaję, robię sobie kawę, ta noc jest stracona. Wiem, że już nie usnę. Czas krąży dookoła mnie, zataczając coraz węższe kręgi. Zbliża się w tempie niezmiennym, czuję, gdy miarowo chodzi po pokoju, dotykając niewidzialnymi palcami zegara w mojej głowie, pieści go zimnym, miarowym ruchem, jakie to drażniące, dręczy mnie, wciąż mi przypomina, że przecież nie mam już czasu...
Muz niewiele mówi, uśmiecha się. Rano nie czesze włosów, ani nie bierze prysznica. Zostaje jeszcze krótką chwilę, by na mnie popatrzeć, powyglądać przez okno. Wychodzi, idzie przez park, widzę go dobrze, kopie kamyk. Albo puszkę po piwie.
Płaczę czarnymi łzami. Otwieram szafę, skrzypią ciężkie, ulustrzone drzwi, wnętrze mruga do mnie czarnym okiem jadwabi. Sukienki, połyskujące srebrno, czarna angora swetrów, w których często śpię. Kłębowisko czarnych rajstop i rozparowane czarne buty.
Muz nie przychodzi. Już tyle razy zdążyłam zagotować wodę, umyć zęby. Kiedy ma przyjść chowam ślady choroby, wietrzę mieszkanie. W szufladzie trzymam wszystkie materiały, zaświadczenia... Próbuję się umalować, ale trzęsą mi się ręce i wygląda to okropnie. Siadam więc na łóżku i czekam.
Jest, dzwonek. Nareszcie. W drzwiach nie pozwalam mu się nawet rozebrać, całuję, przytulam, ogrzewam od ciepłych policzków, ogrzewam się przy nim jak kot na słońcu. Kochamy się, mówi, że mnie potrzebuje, umieram ze szczęścia.
Gdy tylko ochłonę, zaczyna się. Leżę zwinięta w kłębek, wykazuję jedynie wolę oddychania. Słucham. On czeka, pyta, co będziemy dzisiaj robić. Nie wiem. Może chodźmy do teatru, mówi. Nie chcę wychodzić, chcę być tu. Proponuję, że będę go malować, wiem, że bardzo to lubi. Wstaję rozrobić farby, uciszam czas, uciszam swoje myśli, nie teraz, mówię, nie teraz. Szybko wracam, siadam koło łóżka, zdmuchuję drobne włoski z papieru. Robi się trochę nerwowo, czekam aż upozuje się. Tak?- pyta siadając okrakiem na krześle. Nie, to nie to. Naraz wstaje i zaczyna czegoś szukać na łóżku, klęczy na nim rozgarniając pościel. Stop, teraz, teraz jest taki niewinny. Teraz jest pewnie sobą.
Do wieczora pijemy, oparci o ścianę, bezwładni jak pajacyki. Wypala skręta, może dwa. Podczas gdy zaczyna zbierać swoje ciuchy, mnie obraz przesuwa się klatkami i jest mi niedobrze. Wyciągam do niego dłoń, a on wciska w nią aviomarin. Przez chwilę zatrzymuje w swojej. Wychodzi.
Nie ruszam się. Nie podnoszę nawet głowy z poduszki. Przecież to nie ma sensu. Myślę - po co malować pejzaże i przedmioty, martwe natury śniadaniowe, puste kieliszki, zgniłe cytryny, każdy wie, że czas nie jest dla nas, przemijanie to kara. Zostaliśmy stworzeni po to, żeby umierać, nasze ciała to tylko akordy w czyjeś sonacie, przez chwilę na scenie i za chwilę schną w ciemnych popielniczkach trumien. Co innego mój Muz, który z obrazu nigdy nie odejdzie, nie ma prawa, na obrazie nigdy nie przestanie ze mną być. Portret jest jak stary list, przechowywany i chroniony przed oczami obcych i wścibskim słońcem. Wszystkie portrety chowam, nie chcę by na mnie patrzyły i oceniały mnie. Nie chcę by widział, jak codziennie otwieram oczy i leżę nieruchomo, dopóki przerażenie nie osiągnie apogeum i nie zacznę krzyczeć. Później uspokajam się, minimalnie uchylam firankę, żeby zobaczyć, czy w parku jest dużo ludzi. Jeśli nikogo nie ma, otwieram okno i śpiewam. Później kąpię się, ubieram, rozpuszczam i upinam włosy, przeglądam się w lustrze. Sprawdzam, czy oczy nie zmalały, nie straciły blasku. Siedzę i myślę, czy jest we mnie  coś do kochania... Skreślam po kolei fragmenty ciała, krytycznie oceniam każdy centymetr skóry... przerywam z niesmakiem i idę umyć ręce.

Choć zdjęłam buty i tak słyszę swoje kroki gdy chodzę od wyspy do wyspy, którą jest moje łóżko, podciągam nogi, nie chcę ich zmoczyć, woda jest taka zimna. Zamykam oczy, coś mówi mi, że nie usnę i jutro witać będę dzień, który już się skończył. Dziwnie jest witać taki dzień. Co mam zrobić ze swoimi myślami, jeśli nie schowam ich w jego włosach?
Kiedy przychodzi, pachnie polem, czasem ogniskiem, czasem wiatrem. Chodzi lekko zgarbiony, długimi krokami, czasem powoli jakby był bardzo zmęczony. Widzę go przez okno, jak idzie od strony stawu, pochylony, ale pogodny. Trochę podobny do łabędzi, trochę podobny do drzew. Z reguły od razu się kochamy, to dla mnie znak, że wszystko po staremu i w porządku. Bywa, że przychodzi z plecakiem pełnym mandarynek, albo czegoś tam, robię wtedy herbatę a on patrzy i mówi, że lubi, kiedy coś robię, jestem wtedy taka kobieca. Sama nigdy nie gotuję, męczy mnie to i nudzi, po co jeść, szkoda czasu. Ostatnio jak leżę na boku upija mnie biodro i czuję kość ogonową kiedy siedzę, zauważył to, ale nic nie powiedział, sam jest bardzo szczupły, jak z obrazu manierycznego, pociągły, trochę święty. Ja wydaję się sobie święta, przecież z ascetyczną obojętnością oglądam świat, który odrzuciłam.
Coś jest nie tak, dziś nie chce się kochać. Mówi coś o herbacie. Jak to, herbata? Staję przed nim, podnoszę halkę. Nagle przywieram do niego -Proszę, dotknij mnie-szepcę - proszę! Patrzy na mnie z narastającym zdziwieniem, próbuje się wyswobodzić. Pieszczę go, drapię, kąsam w szyję. Próbuje mnie upieścić obiema dłońmi, jest przerażony, wyciskam na jego ustach bolesny pocałunek, robię malinkę za wszelką cenę próbuję zmusić do kapitulacji i już po chwili - kochamy się. W  trakcie śmieję się histerycznie.
Nie chce usiąść, chodzi po pokoju, gestykuluje. Tłumaczy mi coś. Mówi, że przez kilka dni nie będzie mógł przyjść. Siedzę wpatrzona w niego, udaję, że słucham. To już koniec, myślę, jak on patrzy, czemu się nie uśmiecha, jego usta pozbawione są wyrazu, czemu jest ogolony, przecież wie, że tego nie lubię... Dlaczego się ogoliłeś?- pytam. Co?- pyta. Pokazuję na brodę. Macha ręką. On już mnie nie kocha... Patrzy na mnie i nic nie rozumie. Trzęsie mu się broda, co chwila chowa twarz w dłoniach. Odsuwa się ode mnie, nie daje przytulić. Siadam na łóżku, splatam ręce na kolanach i mrużę oczy, słońce świeci mi prosto w twarz. Czekam.
Cisza. Nie jest jeszcze całkiem ciemno, ale zmierzcha. Wciąga swój zielony sweter, chowa ręce w kieszenie. Z kim ja sypiam?- mówi. Potrząsa głową. Nie odzywam się. Przez kilka sekund się waha, jakby chciał coś powiedzieć, w końcu wychodzi do przedpokoju. Nie trzaska drzwiami.
Gaszę światło, widać tylko czerwoną kontrolkę włącznika. Po omacku dochodzę do rogu pokoju. Otwieram szufladę mojej choroby. Przed oczami przewijają mi się obrazy, liceum, kiedy śmialiśmy się z Hemingwaya, że się zabił, studia, jak ubolewaliśmy nad Novalisem, co się biedak zakochał w czternastolatce, która nie dożywszy lat piętnastu zmarła, a on nie rozumiał, że show must go on... Potrząsam brązową buteleczką, cichutko grzechocą tabletki, jest ich tam trzydzieści, odkręcam wieczko... Dobranoc, mój aniele, moja jedyna więzi z życiem. Sprawdzam tylko, czy wszystko wyłączyłam i otwieram drzwi z zasuwki. Po co mieliby je wyważać...
Muz spóźnił się na jeden ze swoich pociągów. Może wypił za dużo taniego wina, albo przejechał go traktor, gdy spał w zbożu. Osiemnastolatek i przecież zupełnie, zupełnie niewinny...                   

2

Odp: A co mi szkodzi...

                    No, Feniks, pewnie, ze nic nie szkodziło. Przeczytałam.  smile                   

Thumbs up Thumbs down

Odp: A co mi szkodzi...

                   

Feniks napisał/a:

W nocy godzinami przyglądam się jak śpi, ma mokre rzęsy i równy oddech. Trzymam dłonie milimetr nad jego skórą i boję się go dotknąć, siadam więc w fotelu,

To mnie szczególnie intryguje

Feniks napisał/a:

Zbliża się w tempie niezmiennym, czuję, gdy miarowo chodzi po pokoju, dotykając niewidzialnymi palcami zegara w mojej głowie, pieści go zimnym, miarowym ruchem, jakie to drażniące, dręczy mnie, wciąż mi przypomina, że przecież nie mam już czasu...

A to coś omnie

Feniks napisał/a:

W drzwiach nie pozwalam mu się nawet rozebrać, całuję, przytulam, ogrzewam od ciepłych policzków, ogrzewam się przy nim jak kot na słońcu. Kochamy się, mówi, że mnie potrzebuje, umieram ze szczęścia.

Ehhh ten to ma dobrze :wink:

Feniks napisał/a:

każdy wie, że czas nie jest dla nas, przemijanie to kara. Zostaliśmy stworzeni po to, żeby umierać, nasze ciała to tylko akordy w czyjeś sonacie, przez chwilę na scenie i za chwilę schną w ciemnych popielniczkach trumien.

hmmm przypomina mi moje motto pod kazdym postem..Inaczej wyraznone ale o to samo zachacza.

Feniks napisał/a:

Portret jest jak stary list, przechowywany i chroniony przed oczami obcych i wścibskim słońcem. Wszystkie portrety chowam, nie chcę by na mnie patrzyły i oceniały mnie.

ładnie piszesz

Feniks napisał/a:

Nie chcę by widział, jak codziennie otwieram oczy i leżę nieruchomo, dopóki przerażenie nie osiągnie apogeum i nie zacznę krzyczeć. Później uspokajam się, minimalnie uchylam firankę, żeby zobaczyć, czy w parku jest dużo ludzi. Jeśli nikogo nie ma, otwieram okno i śpiewam. Później kąpię się, ubieram, rozpuszczam i upinam włosy, przeglądam się w lustrze. Sprawdzam, czy oczy nie zmalały, nie straciły blasku. Siedzę i myślę, czy jest we mnie coś do kochania... Skreślam po kolei fragmenty ciała, krytycznie oceniam każdy centymetr skóry... przerywam z niesmakiem i idę umyć ręce.

yyyy własnie przed tym uciekam...próznosc jest strasznaaaaaa neutral

......show must go on.........

FAJNIE piszesz.Jest w tym coś .coś ...sam nie wiem jak to nazwac ale warto bylo przeczytac.Dzieki                   

PRawdziwym szczesciem Jest,Innym to szczescie niesc.zyj...masz przecie

Thumbs up Thumbs down

4

Odp: A co mi szkodzi...

                    I jeszcze coś.

Ballada

Mam chusteczkę haftowaną wszystkie cztery rogi- śpiewa jakieś dziecko na balkonie a naga pupka marznie mu na wietrze. Bach, dostaje klapsa w tyłek i śpiew zamiera. Słychać tylko cichutkie pojękiwania. Jakaś laska z parteru wypuszcza swojego gacha tylnymi drzwiami. Problem polega tylko na tym, że wszyscy mają okna na podwórze, więc od szóstej rano młoda Malicka zostaje okrzyknieta kurwą. Furman obściskuje grubawą kucharkę w piwnicy na stosie zgniłych desek, który załamuje się robiąc przykry hałas. Furman z gołym tyłkiem lata po piwnicy, a kuchta z fartuchem na twarzy nie może wyczołgać się spod próchna. obrazka dopełnia bezzębna staruszka w oknie sutereny zeskrobująca druciakiem ptasie gówna z parapetu.
Stary Marusarz zaspał i wzdłuż ulicy kołyszą się łańcuchy płomyków. Nie słychać dorożek, nie pachną sklepy cynamonowe, oprócz ostoi Tycjana I Davida. Wiszą oni w głębi herbaciarni, przysłonięci zasłonami spojrzeń, spojrzeń ludzi którzy przychodzą tu pooddychać głęboko i przyjrzeć się drugiemu światu. Są to spojrzenia spod krzaczastych brwi, spod zmrużonych powiek krótkowidza, zza dymu fajeczki.
W herbaciarni Dębskich okna są zasłonięte, światło miodowe, meble pachną,
kanapy są przewygodne w swej stylowości a dywan prawie perski. Herbaciarnia istnieje od kiedy prapradziad Dębski pojechał do Brytanii, przywiózł z niej pieniądze i pomysł na życie. Potem z pokolenia na pokolenie bogacili się stając mieszczaństwem najlepszego gatunku, gatunku niczym herbata dymiąca nad filiżanką jak mgła nad wąwozem, o liściach zwiniętych niczym but tatarskiego jeźdźca.
Ich herbata ma mocny, bursztynowy kolor, aromat ze stali, zieleń amazońskiego lasu lub czerń głębi Afryki. Pije się ją bez dodatków, popołudniem, stawiając na pierwszym miejscu wśród napojów z wód i małych, słonych krakersików, których nigdy nie brakuje. Barbarzyńcy bezczeszczą herbatę cukrem, cytryną lub śmietaną, ale dla nich miejsce jest w pobocznej sali, choć równie miodowej i równie aromatycznej. Cytryny są z Cypru lub Hiszpanii, cukier biały, nigdy lepki, brązowy, przypominający toffi, a tak naprawdę buraczany. Śmietankę piją tylko studenci i to młodszych roczników, nie przyzwyczajonych do mocnego smaku i okrutnego wrzenia teiny. Dębski zawsze zagląda do dzbanuszków z esencją i swym stalowym wzrokiem przewierca koloryt, smakuje nie smakując i delektuje się swym sukcesem, co mruga do niego okiem jaśminowego naparu.
Ma już 65 lat i nie wie za bardzo co z tym faktem począć. Nie chodzi już na bale w operze, jedynie na długie spacery. Znużyła go gra na wyścigach konnych, a nawet siedzenie w oknie i przyglądanie się scenkom rodzajowym. Siedzi więc w fotelu vis a vis „Śmierci Marata” i zastanawia się nad sensem swego dotychczasowego życia. Będąc stosunkowo młodym mężczyzną, bo trzydziestokilkuletnim został ojcem. Kariera Valmonta była mu całkowicie obca, choć kobiet miał wiele i w wielu gatunkach. Były więc Marquezowskie Mulatki w jamajskich spódnicach o kolczykach wielkości młyńskich kół, dumne Hiszpanki o morwowych ustach, ciężkich , królewskich twarzach, były ciche Indianki, ptaki miłości i drobnolice puchate króliczki czyli Chinki. Szwedek nie dotykał, były mączne i suche jak wióry ich albiniwskich grzywek. Dość powiedzieć, że matka jego dziecka była Angielka ze sfer średnich, szczupłą i gibką, przypominającą raczej rosyjską gimnastyczkę. Nie chciała urodzić, ale maleństwo w jej brzuchu było tak spokojne, nie wadzące nikomu, skulone, zdawałoby się w najciaśniejszy z możliwych sposobów, że sama całe życie wspierana przez bliskich odczuła ogromną litość i czułość dla maleństwa. Wyrosło ono na wątłego, o nienagannie angielskich manierach, milczącego intelektualistę. Z roku na rok Dębski tracił nadzieję na uczynienie z niego herbaciarza, albowiem ciemnowłosy, blady chłopak w ponurym garniturze nabierał wyglądu lekko zwietrzałego ducha. A był poetyzującym poetą. Trochę cichym, trochę smutnym, trochę nasączonym dobrym winem. Ojciec nie miałby nic przeciwko temu, gdyby umiał osiągnąć pozycję poety przemawiającego do szerokiego, wiwatującego audytorium. Ale słowo poeta nie pasuje do słowa szerokie audytorium, więc Josh, tak bowiem miał mizerak na imię miast przemawiać siedział w oknie na stryszku i marzył. A marzył całkiem dorośle, i marzyłby pewnie w nieskończoność, gdyby nie dochodzący z dołu głos dziadka: Toż stąd zniknęło pół kilko cukru! W najlepszym gatunku, chcę wiedzieć gdzie to jest, bo piechotą, dardanelska niecnoto, nie chodzi! A spiżarniany giął się w ukłonach.




Josh namiętnie wysyłał listy. Listy we wszystkie strony świata, regularnie wysyłane, ze starannym, wymyślonym adresem adresem. A były to listy do nieznanych Joshowi ludzi, przedsiębiorstw, fabrykantów, rzemieślników, dam szlachetnego urodzenia, muzyków, kataryniarzy, podziwianych przez niego pisarzy i francuskich pianistów. Listy zawierały apoteozę jesieni, zapach ognia w kominku, komplementy zmyślone lub prawdziwe, i pytania, czy się przypadkiem nie potrzebuje poety. Listy trafiały do setek rąk w całej Europie od kilku już ładnych lat, opłacane cukrem ze srebrnych, kutych cukiernic.
W oknie apartamentu Dębskiego jeszcze długo po północy paliło się światło, zgasło ledwie przed świtem. Josh obserwował okno ojca z ławeczki przed domem. Przeszła mu przez głowę myśl, że może ojciec żle się poczuł, ale szybko zastąpiła ją inna, że tylko człowiek nie wie dokąd dąży, w odróznieniu od wszelkiego innego stworzenia, które nawet jeśli nie wie, to nie docieka tego. I gdy Josh tak się zamyślał, starego Dębskiego nurtowała ta sama kwestia, ale z innej strony. Chodził po pokoju, potem znów kładł się z rękami od głową, to znów siadał splótłszy je na brzuchu. Brat zrobił mu ostatniego psikusa i po raz ostatni pokrzyżował plany- umarł. Umarł, żegnany tonami kwiatów i zatroskanym spojrzeniem Dębskiego. Szwagierka nie nadawała się do interesów, tak więc Josh musi zostać herbaciarzem. I choć Dębski proponował mu kursy handlowe zamiast wiecznego żłopania kawy i pogryzania miętusków, choć kusił go perspektywą wysokich zarobków, możliwością otworzenia kawiarni (brrr!), o czekoladowym wystroju, z miętuskami na ciemno politurowanej ladzie -  Josh za każdym razem sięgał po miętuska, kłaniał się z szacunkiem i wychodził.
Miał Josh szczęśliwy dzień, gdy wyjął ze skrzynki pocztowej pachnący, pisany niewieścią ręką list. Pismo było niewyraźne, adres niepełny, ale papier w dobrym gatunku. List był od młodej, francuskiej aktoreczki z teatrzyku Lazurowego Wybrzeża.
Aktoreczki z teatru, co wystawiał Szekspira na plaży, co rozbijał się zimą po całej Francji klekoczącym wozem, co zadzierał wysoko spódnicę i rozchełstywał dramatycznie koszulę. I pojechał Josh do francuzeczki, wymknąwszy się nocą z domu i ukradłszy nieco pieniędzy na pociąg z ojcowskiego pugilaresu, by tańczyć, niezgrabnie, by jeść niewiele i nie upijać się mimo wielu, wielu kieliszków czerwonego wina. Wieczorem mówił jej o Izoldzie, gdy ona frywolnie ściągała kabaretkę i pieściła go bosą stópką, milczał, gdy staniczkiem czerwonym dotykała jego ust i poddawał się gryząc i ssąc, gdy pozbawiwszy go do reszty garderoby siadała na nim okrakiem i jęcząc głośno oblizywała się swym małym, spiuczastym języczkiem. Francuzeczka kochała się także z lubieżnym reżyserem, amantami, Czarnym Otellem, łysym dyrektorem o niepospolitej sile i sprycie a także aktoreczkami. I Josh znosił to zupełnie dobrze, albowiem była Francuzeczką, a on mógł chodzić w ciemnym swetrze z francuska i przechadzać się po pokojach marząc i układając wiersze. I pewnie trwaliby tak dłużęj jeszcze, gdyby nie to, że Lolitte, wraz, z inną szesnastoletnią aktoreczką, strąciły mu ze stołu i zniszczyły do pisania maszynę, kochając się, jak nie trudno zgadnąć po francusku.
Wracał do domu pociągiem przez trzy dni, z powodu postoju w Monako i Berlinie, przez cały ten czas pisał i spał, pisał i spał, pisał i spał. Był bez grosza przy duszy i bez biletu, konduktorów zaś obdarowywał portretami od szyi w dół pięknej francuzeczki. Wiózł ze sobą jedynie teczki i nieco osobistej bielizny. Wrócił do kraju, by zastanawiać się, by zobaczyć to, co porzucił i by się zadomowić. To jednak, co tam było warte pięć franków od zwrotki, tu nie było warte ani grosza, w odróżnieniu, od bawełny, jedwabiu, kiełbasy, herbaty, no i oczywiście cukru. Ojciec nie pozwolił mu zamieszkać na strychu, zatrudnił przymusowo przy myciu filiżanek i ogólnie nie odzywał się do niego. Matka od czasu wyjazdu przebywała u wód.
Styczeń nie jest najcieplejszym miesiącem roku w Europie i Josh odczuł to wyciągając list z metalowej skrzynki. Długo chuchał na przymarzniety palec, aż wreszcie spuchnięty i siny oderwał się od puszki. List był z Petersburga, ze świeżą datą, cośkolwiek gruby i cięzki. Josh rogrzawszy się na strychu, nietkniętym od jego wyjazdu czytał list, a z dołu nikt nie wolał. I tak pewnie tkwiłby w zachwycie, gdyby nie ojciec, rozsierdzony zaanektowaniem strychu, uchyleniem od pracy i brakiem dobrej woli jakiejkolwiek dobrej woli. Wyzwał Josha od niecnoty, leniwca peruwianskiego i skończonego darmozjada. Josh podjął decyzję, czapkę, walonki i płaszcz kupi jutro, chwilowo zaś pozwolił ojcu krzyczeć.
A List był od ubogiego pianisty, który pytał, nie licząc, zreszta, jak zaznaczył na pozytywną odpowiedź, czy Josh nie chciałby z nim zamieszkać w małym mieszkanku na Wileńskiej, cichej ulicy w pobliżu Teartu Newskiego. Ojciec Josha bez następcy, obrażony na syna, obwąchiwał kruszone liscie i przesypywał ciemne granulki i czekał na przeprosiny. A Josh pociągiem w wagonie pierwszym za lokomotywą, sunącą przez śnieg rozgarniającą przestrzenie czystego, cichego powietrza, liczył ruble wytargowane od żydowskiego bankiera przed wyjazdem. Martwił się, czy pianista zechce mieszkać z nim, skoro trudno mu się upić, nie cieszy go nic i nie ma perspektyw na pracę. A pociąg sunął.
Nie zastanawiał się właściwie, czemu Sasza zaproponował mu mieszkanie, skoro grywał do przedstawień, w miłym teatrzyku, miał trzysta rubli miesięcznie, wielkiego psa, pieszczocha i pianino, na pół pokoju. A Sasza chciał się dzielić, bo zima petersburska jest długa, a aktroki zamężne i nudne. A Sasza nie zawsze mógł nakarmić psa, i choć żaden z nich nie dałby rady wyremontować oficynki na Wileńskiej to razem dokonali tego w niespełna dwa miesiące. A Sasza był niewidomy. W Saszce kochała się dziewczyna od skrzypiec ale on nie mógł tego zauważyć, mógł jedynie wiedzieć, że są w Newskim pierwsze skrzypce. A Josh nie mógł pisać, tak go zajmował Sasza, którego twarz nigdy nie wygładzała się do końca, i spokoju nie było na niej nigdy.
  I tak Sasza rozbudził w Joshule pasję, nie rzemieślniczą, pasję twórczą- malowania. Sasza był wieczną inspiracją, z rozpiętym guzikiem, półdługimi włosami o niezwykłym jak na mężczyznę blasku, czarną opaską na oczach w czasie gry. Nawet głowę odwracał w sposób pełen wyrazu. Od dłuższego czasu Sasza żył bez kobiet, ale nie było w nim nic z wyposzczonego samca, ale też i nic z homoseksualisty.
Josh zmuszony został w końcu do podjęcia pracy, został bufetowym w Teatrze Newskim. Skórzane kanapy i miodowy wystrój kawiarenki teartalnej przypominały mu dom, och wzdychał i pracował , dla pieniędzy zresztą wyłącznie, sześć długich wieczornych godzin.
Ale Sasza jak każdy duch pokazał swoją mglisto dotychczas widoczną stronę, życiowej przegranej. Rodzice odumarli go bardzo wcześnie, nie pozostawiwszy ani pieniędzy ani uczucia, ale i to nie byłoby może wywarło tak pazurzastego wrażenia na duszy Saszy jak lekceważenie otoczenia i niekończąca się zima u ciotek. Palce grabiejące przy fortepianie, szalik. Nie mógł nigdy postawić herbaty, by nie odparzyć politury pianina, a raczej stawiał ją, ale ciotka strącała ją laską na podłogę, a ciemny płyn rozlewał się wsiąkając szybko w dywan. Tego zalanego dywanu ciotka nie mogła ścierpieć, wypominała mu go za każdym razem i unosiła się głośniej i jazgotała, aż za którymś razem Sasza poderwał się i chlusnął jej herbatą w twarz. Drzeć się zaczęła wniebogłosy i słusznie, albowiem poparzenia blizny pozostawiły do końca i życia i pokazywała się odtąd wyłącznie w woalce. Gryzł się z sumieniem i sobą samym , miernościoą talentu i charakteru, czuł się niski, a delikatność woalki wzbudzała jego lek. Byłby może i pragnął przebaczenia, gdyby nie to, że ciotka wyrzuciła go z domu i zapomnieć nazwiska kazała, na zawsze oduczyć się go. Nadieżajow, pomysłał o sobie, gdy naciągając czarną czapkę na uszy stanął oko w oko z mrozem Petersburga.
Pierwsze pieniądze zaczął zarabiać dając się obijać różnym niewyżytym chłopaczyskom, za rubla od ciosu. Znosił to mężnie całkiem, i prawdopodobnie trwałby tak jak długo by się dało, ale zaczął tracić wzrok. Wpierw widział mgiełkę, później kolorowe plamki wirujące jak płatki śniegu, w końcu oczy zaczęły silnie łzawić i przestały sprawować swoją funkcję. Wtedy odnalazł go Teatr Newski.
I później zjawił się Josh. Trudno powiedzieć czy uratowali sobie wzajem zycie, czy byli dla siebie jak bracia, czy jak przyjaciele dość, ze w oczach Josha życie bez Saszy nie przedstawiało żadnej wrtośći, wegetację jedynie, a bez głosu Josha nie miał Sasza nic miłego z dnia. I podśpiewywali wieczorami, otuleni w koce gieroj naszewo wremieni... A patrzyłby na to z nieba Beethoven i cieszył się, jak dziecko...
Ale życie rozszczepiło ich jak pestkę, brutalną ręką dwie śmierci wprowadzając na arenę jednym rzutem swych trenowych kości...
Stary Dębski zmarł i zmarła ciotka Saszy. Jednego i drugiego wznoisło życie na niechciane pozycje, do grania w nowych surdutach życiowych ról , przyjmowania gości i czegoś tak obmierzłego jak zarządzania, czy to dworem, czy interesem zmusiło... I czasem tylko jeden do pianina zasiadał, gorącą herbatę na nim postawiwszy, z rozkoszą dziką politurę odparzając, a grając zawzięcie jakby duszę w pianinie postradał i przemocą, serca siłowaniem starał się z niego wydobyć, a drugi, herbaciarnię i kawiarnię założywszy i równolegle prowadziwszy, podkradał cukier, sięgał po miętuski, i zamiast lokajów poganiać i teinę czcić sypał paczuszki wprost na przachodzących ulicą biedaków, rujnował interes i marzył, marzył i marzył...Cóż im pozostało? Marzyć, że całe majątki postradawszy spotkają się w Teatralnej Newskiego, by wreszcie zacząć używać życia.                   

5

Odp: A co mi szkodzi...

                    Braszka nie zna Feniksa bo i skad wink
ale sie Braszce wydaje ze w Muzie jest wiecej Feniksa nizli w Balladzie
Ballada spelnia według Braszki  role gombrowiczowskiej "gęby"
przemieszanie Czekolady Kundery Dostojewskiego Niebezpiecznych Zwiazkow i Hlaski
pomieszanie stylow by stworyc byc moze kolejne gombrowiczowskie "ja"

a Muz ?
hm ...
co pozostaje gdy nie ma uczucia
parafrazujac Lema tylko
zapasy dwoch spoconych cial i ... te glupie ruchy to duzy wysylek fizyczny energie sie traci a ludzie jak wiadomo z natury sa leniwi

Muz podoba sie Braszce bardziej
ma wiecej z Feniksa
to oczywiscie tylko Braszkowe zamyslenie nad Feniksowym tekstem


pozdrowionka
z nuta podziekowania
Braszka                   

6

Odp: A co mi szkodzi...

                    Dzisiaj twórczości nie będzie.
Ale mam potrzebę wygadania się- poniższy tekst proszę więc podciągnąć pod przemyślenia.
Albo myśli nieuczesane z mienionego paskudnego tygodnia.

...zaognieni, zabiegani, obdarci ze złudzeń, z wspomnień, porzuceni,

pozbawieni marzeń na jakimś pijackim balu weselnym,

ubrani w ruskie złoto

budujemy wciąż nowe szpitale, oddziały psychiatryczne

uparcie wierzymy w przyszłość Małżeństwa i Rodziny

kochamy jeszcze próbujemy kochać nienawidzimy kochać



Codzienna kawa o siódmej rano, koniecznie z mlekiem,

jak trzeba to i efedryna bo przecież tyle rzeczy trzeba

a siły jakby mało, na arobic wykupiony karnet

w czwartek wyjscie do teatru

(zawsze w czwartek, tylko w czrwatek co czwartek)

w sobotę wyjazd na działkę

wieczorna porcja leków,

sąsiad i jego szurające kapcie za ścianą,

knajpa pełna pijanych poetów,

poranny deszcz, papieros w poczekalni,

Brudna miłość na cudzym biurku,

warczenie odkurzacza, cisza

uparty brak samotnosci, mokry zgrzyt tranwaju,

cierpienie które nie uszlachetnia,

bezsenność



Dziura



pierwsza miłość

druga miłość trzecia miłość

czwarta piąta szósta



Środek nocy

ranek, śpiew ptaków

dzień w plecy

oczy wciąż suche                   

7

Odp: A co mi szkodzi...

                    Feniks, piekna,zwykla,szara rzeczywistosc 

zaognieni, zabiegani, obdarci ze złudzeń, z wspomnień, porzuceni,

..przeciez na codzien(do czego nie chcemy sie przyznac) tak wlasnie wyglada nasz dzien

warczenie odkurzacza, cisza  

uparty brak samotnosci, mokry zgrzyt tranwaju,  

cierpienie które nie uszlachetnia,  

bezsenność

  a w tym wszystkim czekanie,szukanie,cierpienie.....naszych pragnien i marzen

pierwsza miłość  

druga miłość trzecia miłość  

czwarta piąta szósta

                   

8

Odp: A co mi szkodzi...

                    Porządki na dysku robię
W zamierzeniu to miały być wiersze
tak naprawdę to fragmenty pamietnika, wycinki rzeczywistości część sprzed paru lat część sprzed zaledwie paru miesięcy.

(Nuda związku nieudanego)

Czy między nami nic nie było?
Jeśli między TOBĄ a mną było wszystko-
Miłość
czekająca, czekaniem tym niepokojona
wierna, im bardziej krwawiąca, tym gorętsza
i radości pełna
łamaniem zasad i próbą gwałtu na własnej tożsamości-  wywołanej...
A między MNĄ a Tobą?
Nuda
nieczekająca, czekaniem tym znudzona
niewierna, im bardziej znudzona tym chętniej
i pogardy pełna
nieudaną próbą tak gwałtu jak łamań wszelkich- wywołanej

Gorączkowo przytulam noc
Księżyc bije mnie po twarzy
Oddech twój nieprzytomny
odlicza bóle do świtu
Spadają wskazania termometru
tkwiącego w zakamarkach naszego łóżka
oblepiam ten mebel swą brudną wyobraźnią
Zmutowany wzrok wypycham za okno
weny chodzą parami po chodniku
nieistniejąca wełna twojego płaszcza
zakwitła znowu na stalowo
leżą spokojnie ostrza twoich powiek
Przytulam mocniej noc,
choć księżyc chłoszcze twarz wyobrażeń
cofam się
robię miejsce dla stalowej piersi twoich oddechów

(Związek toksyczny
bardzo toksyczny)

Byłem świadkiem zbrodni
Wracam do tego pokoju i
czuć, że tam ktoś umarł-
bynajmniej nie nagle
Uduszone dymem zasłony
fotel, ze wszystkich włókien usiłuje utrzymać ludzki kształt
Łóżko wśród obelg zachować twarz
Kontakty popalone prądem
umysłowym
Podcięte gardła telefonów
Udar pomarańczy
Kaszlem zasłania się lustro
zaatakowane nagle mleko
blednie, przeprasza polany dywan
zjeżony jeszcze strachem przed rykiem
polujących butów
W wypukłej z obrzydzenia wannie zabity własną bronią
(spowity w tryumfujące elektrony, szaleńczo naelektryzowaną wodę)
zabójca przedmiotów i związków martwych

(Nawrót depresji)

Jest takie miejsce na ziemi
gdzie budzi cię myśl, że za żadną cenę nie wolno ci się obudzić
i tak jest co rano
gdzie czego nie dotkniesz opada  cię wyrzut sumienia aż tężeje chleb z margaryną w wyrodnych ustach.
gdzie powietrze jest stare
a nic mądrzejsze
wciąż ma młodzieńcze skłonności samobójcze
gdzie na najprostsze pytanie
istnieje sto odpowiedzi
na trudne nie wiem
a o boga, miłość i sens życia
że nie ma
gdzie twoja natura sentymentalna
nie pozwoli ci nawet zwątpić we wszystko
nabierzesz pewności o braku perspektyw
w takim kurorcie, proszę ciebie
na zawsze odechce ci się poprawiania świata

(Refleksje po spacerze jedną z dzielnic mojego miasta)

Siedząc w bramie młodzi Polacy
Okraszają papierosa historiami
miłosnymi
O tym, że codziennie do domu
wpuszczają obcych ludzi
O tym, że mama upiła tę świnię,
przywiązała do łóżka i napierdalała!
Ile wlezie
I ten jeden raz byli do siebie podobni
choć co noc dzieli ich sześć tabletek relanium
O tym, że jak mama uderzyła ojca,
to aż zatoczył się pod szafkę
Ale przeżył, a mamy już nie ma
O tym, że wchodząc do kuchni się puka
by ojciec zdążył schować butelkę
W szafce na ziemniaki
Nie szkodzi, kasza podobno jest zdrowa
Wychodząc do szkoły zdejmujemy
świerszczyki z ekranu tv,
podnosimy braciszka
i wietrzymy nasz
sierociniec

(Refleksje- po prostu refleksje)

Nie było nas na tej lekcji, gdzie mówili, że
nie wolno dotykać sztywno
ważkich tematów
Nie było nas na tej lekcji
szkoda- gruźlik wymiotował na klawiaturę
fortepianu
Umierał Romeo, Hamlet tłukł pałacowe lustra
Nie było nas
Byliśmy na tej lekcji,
gdzie mówili nie pić, nie palić,
przestrzegać diety
Na twarzy masz tysiąc nocy bez filtra
na marginesie życia dorosłe dziecko
wiem, margines też bywa kręty, ale... przyznaj,
nie było Cię na tej lekcji